one night
©

08 | Larry Stylinson | It’s too Hard to Say Goodbye

Tytuł: It’s too Hard to Say Goodbye (Zbyt trudno jest powiedzieć do widzenia)

Paring: Larry Stylinson (Harry Styles + Louis Tomlinson)

W pozostałych rolach: Anne Cox, Jay Tomlinson oraz epizodycznie Liam Payne, Lottie Tomlinson i Daisy Tomlinson.

Miejsce akcji: Londyn, Anglia

Czas akcji: od 25 lutego do 04 marca 2013 roku

Gatunek:  dramat/fantasy/romance

Inspiracja: Too Hard to Say Goodbye – Westlife

I inne piosenki Westlife.

Ilość słów: 4 143 słowa

Ilość stron: 11,5 strony

Opis: Ciężko jest pożegnać drugą osobę. Zwłaszcza, gdy nie powiedziało jej się tej najważniejszej rzeczy, która od miesięcy cisnęła się na usta – Kocham Cię. Harry jednak otrzymuje drugą szansę od Boga. Chcąc zaradzić katastrofie, wyciągając błędne wnioski i próbując nie pokłócić się z Louisem, nieświadomie eliminuje jej właściwą przyczynę.  

Od autorki: Nie planowałam tego shota. Nie miałam na niego nawet konkretnego pomysłu. Po prostu nagle świat mi się trochę posypał i musiałam się wyżyć. Zaczęłam więc pisać, rozpoczynając od takich słów, jakie zwaliły się na mnie przedwczoraj (01.03.2013) z samego rana. Enjoy xxx

AU – Alternatywna rzeczywistość; One Direction nie istnieje.

 

“Everytime I close my eyes
You’re all that I can see”

 

Dla dziadka…

 

1.

01 marca 2013, piątek

Dzień, w którym Louis zmarł.

            - Louis nie żyje.

            To było pierwsze, co usłyszał, gdy rano przygotowywał się do wyjścia na uczelnię. Przeglądał szafę w poszukiwaniu ubrań, które mógłby założyć, gdy do pokoju wpadła jego mama, z telefonem wciąż tkwiącym w dłoni. Spojrzał na nią pytająco, trzymając w ręce sweter.

            - Louis nie żyje – oznajmiła, stojąc w progu i patrząc na syna uważnie.

            - Co? – zapytał, myśląc, że to jakiś kolejny żart Tomlinsona. Za dobrze go znał. Poza tym, jeszcze dwa dni temu ekscytował się swoimi wyjazdem do Stanów na stypendium.

            - Louis nie żyje – powtórzyła pani Cox.

            - Ale… - Harry zawiesił głos, przymykając szafę. – J-Jak to nie żyje? Jak? Jak?

            - Zjadł wczoraj jogurt. Nie spojrzał jaki. To był brzoskwiniowy. Zmarł dziś o trzeciej nad ranem w skutek szoku anafilaktycznego – wyjaśniła kobieta, uważnie przyglądając się synowi. Patrzył na nią, niedowierzając w jej słowa. – Chcesz zostać w domu?

            - Tak – odpowiedział cicho.

            - Zrobię ci herbaty – odparła i zamknęła za sobą drzwi do pokoju.

            Harry podszedł do łóżka i usiadł na jego brzegu. Odłożył sweter obok siebie i odwrócił głowę w stronę szafki nocnej. Leżała na niej książka, którą aktualnie czytał. Sięgnął po nią i otworzył na stronie, gdzie była wetknięta zakładka. Zakładka ze zdjęciami jego i Louisa. Z budki fotograficznej w wesołym miasteczku. Szatyn uśmiechał się do niego szeroko ze zdjęć. Turkusowe oczy błyszczały i tańczyły w nich wesołe iskierki. Kasztanowe włosy były roztrzepane, jak zawsze.

            Przejechał kciukiem po gładkim, lśniącym papierze. Patrzył na jego roześmianą twarz i zastanawiał się, co czuje w tej chwili. Jednak nie wiedział. Nie miał bladego pojęcia, jakie emocje teraz nim szargają. Miał wrażenie, jakby wszystko nagle wyparowało, znikło i nie było nic. Mógł śmiało powiedzieć, że nie czuje kompletnie nic. Takie miał przynajmniej wrażenie.

            Odłożył książkę wraz ze zdjęciami z powrotem na szafkę i podpierając łokcie na kolanach, skrył twarz w dłoniach.

            Louis nie żyje.

            - To niemożliwe – szepnął do siebie, spoglądając na drzwi. Miał totalny mętlik w głowie i nie był do końca pewien, co teraz zrobić. Wciąż miał wrażenie, że to jakiś durny, nie śmieszny żart Tomlinsona. Ale on był uczulony na brzoskwinie. A mama powiedziała mu, że zmarł na wskutek szoku anafilaktycznego. Musiał zjeść brzoskwinię. Musiał cierpieć bardzo długo.

            - Louis – szepnął.

            Dopiero teraz dotarło to do niego. Louis nie żyje. Nie ma go. Zniknął, odszedł. A on? On pokłócił się z nim dwa dni temu. Pokłócił o to głupie stypendium, na które tak bardzo chciał wyjechać. Którym tak bardzo się ekscytował, bo to było prestiżowe stypendium. Może gdyby się nie pokłócili, zdołałby coś zrobić. Ale on był samolubnym egoistą. Chciał go mieć cały czas przy sobie.

            - Louis – ponownie wyszeptał.

            Następną rzeczą jaka w niego trafiła, to fakt, iż nie powiedział mu tego, co pragnął mu powiedzieć od jakiegoś czasu. Jednak zwyczajnie się bał. Nie wiedział, jak to zrobić. Nie miał pojęcia, jak on zareaguje na taką informację. No, bo nie codziennie słyszy się od najlepszego przyjaciela, że jest w tobie zakochany. Tak bardzo teraz żałował, iż nie powiedział mu tego.

            - Harry – usłyszał delikatny głos rodzicielki. Podniósł więc wzrok, który spoczął na niej. Podeszła, podała kubek ciepłego napoju i usiadła obok. Wziął go w obie dłonie, by je ogrzać, gdyż nagle stały się okropnie zimne.

            - Widziałem się z nim dwa dni temu – odezwał się. – A najgorsze jest to, że się wtedy pokłóciliśmy.

            Głos mu się załamał, gdyż w końcu zalała go fala uczuć. Niezmierzona ilość smutku, żalu i tęsknoty owładnęła jego ciałem. Szmaragdowe oczy napełniły się łzami, a gdy było ich już zbyt wiele, pierwsze z nich spłynęły po policzku, skapując na spodnie od dresu.

            - Harry, synku – powiedziała czule i cicho kobieta, obejmując go ramieniem. Skrył twarz w zagłębieniu jej szyi i zaniósł się głośnym szlochem. Łzy moczyły jej jasną koszulkę, kiedy powoli wyciągała kubek z dłoni swojego syna. Następnie przytuliła go mocno do siebie, pocieszając jak tylko mogła.

 

2.

04 marca 2013, poniedziałek

Dzień pogrzebu.

            Dzień okazał się dosyć ciepły. Co prawda niebo nad Londynem zasnute było szarymi chmurami, jednak nie padał deszcz czy śnieg. Po prostu było ponuro, co udzielało się Harry’emu. Po pierwszej fali żalu, obwiniania siebie i smutku; po hektolitrach łez wylanych za przyjacielem, nadszedł moment przygnębienia.

            Po raz ostatni widział dziś twarz Louisa. Po raz ostatni widział dziś jego ciało. Był ubrany w białą koszulę oraz elegancki, granatowy garnitur, który podkreślałby kolor jego turkusowych oczu. Policzki były blade, co nie było podobne do niego, gdyż zawsze widniał tam delikatny rumieniec. Wachlarzem układały się na nich długie, grafitowe rzęsy. Wąskie malinowe usta nie wyginały się w uśmiechu, tak jak zazwyczaj. Na czoło opadała kasztanowa grzywka lśniących włosów, którą lubił mu czasem potargać. Wyglądał trochę, jak porcelanowa lalka włożona do pudełka i gotowa na sprawienie komuś przyjemności.

            Spuścił głowę, kiedy powoli zsuwano jego trumnę w dół. Przeczesał grzywkę palcami, zacisnął wargi i powstrzymał łzy, cisnące się mu do oczu. Poczuł, jak matka gładzi go po ramieniu w pokrzepiającym geście. On tylko spojrzał spod grzywki po raz ostatni na cedrową trumnę, która już po chwili zniknęła w dole.

            Podszedł bliżej zaraz po Lottie – jednej z młodszych sióstr Louisa. Przykucną i spojrzał na złotą tabliczkę na trumnie z wygrawerowanym imieniem: Louis William Tomlinson. Mocniej ścisnął dłoń na róży, którą trzymał w ręce, a kolce podrażniły skórę.

            - Kocham Cię, Louis – szepnął ledwo słyszalnie. – Szkoda, że tego nie słyszysz.

            Wrzucił czerwoną różę i wyprostował się. Zaciskając palce u nasady nosa, wrócił do matki, która objęła go ramieniem i pogładziła w geście pocieszenia i dodania otuchy.

            Wkrótce ceremonia się zakończyła. Harry podszedł do rodziny Tomlinsonów i Lottie od razu się do niego przytuliła. Odwzajemnił jej uścisk, gładząc po plecach i całując w czubek głowy. Następnie podszedł do jego matki.

            - Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje, pani Tomlinson – odezwał się cichym głosem. Obawiał się, iż ton wyżej mógł sprawić, że jego głos zadrży niebezpiecznie.

            - Harry – odezwała się kobieta i przyciągnęła go do siebie. – Wiem, jak cierpisz. Byliście bardzo blisko.

            - Kochałem go – wyszeptał w jej ramię. – Ale nie jak brata.

            - Wiem, mój drogi – pogładziła go dłonią po plecach. – Wiem. Widziałam, jak na niego patrzysz; jak on patrzy na ciebie. Czekałam aż w końcu się zejdziecie.

            Szmaragdowe oczy napełniły się kryształowymi łzami, kiedy usłyszał, że jego uczucie było odwzajemnione. On jednak był zaślepiony własnym i w porę go nie spostrzegł. Może nie stali by tu teraz, żegnając go na wieki.

            Pierwsze kropelki spłynęły po jego bladych policzkach. Jęknął cicho. Jego dusza była rozrywana na miliony drobnych kawałeczków. Odebrano mu jego największy skarb. Jedyną osobę, którą jasno i dokładnie widział w swojej przyszłości. Kogoś kogo darzył tak silnym uczuciem, że zrobiłby wszystko, by go odzyskać.

 

3.

Szukał Louisa.

Ciemność spowijała jego ciało. Chłód przeszywał go do szpiku kości. Było mu zimno. Drżał. A dookoła była tylko ciemność. Gęsta niczym smoła, niezmącona ciemność, którą nagle przeciął znajomy, dźwięczny, radosny śmiech.

Jego śmiech.

Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu źródła głosu. W poszukiwaniu osoby, której roześmianą twarz pragnął oglądać codziennie, o każdej porze dnia i nocy. Targać kasztanową grzywkę dowoli i dostrzegać swe odbicie w tafli roziskrzonych, przejrzystych niczym ocean, turkusowych oczu.

Szukał Louisa.

Chciał go zawołać, gdy przed oczami dostrzegł białe piórko. Powoli opadało pod jego stopy, roziskrzone, jakby było obsypane brokatem albo magicznym pyłem ze skrzydełek Dzwoneczka. Bezpiecznie zatrzymało się pod jego stopami. Moment potem przyjemne ciepło i znajome uczucie rozlało się po całym jego ciele. Podłoże zaczęło przybierać odcień bieli i rozlewać się dookoła niego; jakby komuś z pędzla kapnęła odrobina białej farby.

Znów jego śmiech.

Poderwał głowę do góry, szeroko otwierając swoje szmaragdowe oczy. Miał nadzieję, że w tej bieli, która wypaczała ciemność, dostrzeże go. Jego znajome westchnienia, szepty imienia, zdrobnienia jakimi go obdarzał, otaczały go zewsząd. Radowało to jego serce. Sam fakt, że znów może usłyszeć jego przyjazny, ciepły głos. Z drugiej strony, jego dusza ponownie zostawała rozdzierana na kawałeczki i miał ochotę krzyczeć.

Słodki zapach.

Ciepły podmuch.

Szelest skrzydeł.

Już chciał go zawołać, gdy po obu jego stronach pojawiły się piękne, roziskrzone białe skrzydła. Wstrzymał oddech, nim cofnęły się, a on powoli odwrócił się. Odetchnął, a na jego twarz wkradł się delikatny uśmiech.

Znalazł go.

Louis ostrożnie postawił stopy na ziemi i złożył piękne skrzydła. Wyglądał niesamowicie dobrze. Harry już od dawna wiedział, że będzie z niego wspaniały i piękny anioł. Śniadą cerę podkreślały jasne ubrania, co eksponowało jego walory. Piękne rumieńce rozkwitały na jego licach. Malinowe usta rozciągały się w pięknym, przyjaznym uśmiechu. Jeszcze raz mógł dostrzec swoje odbicie w przejrzystych, turkusowych oczach szatyna, którego kasztanowe włosy były roztrzepane w ten charakterystyczny sposób.

            - Harry – odezwał się łagodnie Louis, wyciągając dłoń w jego stronę. Opuszki palców dotknęły jego policzka i mimowolnie przymknął swoje szmaragdowe oczy. – Przyszedłem z wiadomością od Niego. On widzi wszystko. Słyszy każdy szept, najdrobniejszą myśl wypowiedzianą w głowie.

            - Kto? – spytał cicho, obawiając się, iż szatyn zniknie, gdy odezwie się ciut głośniej.

            - No jak to kto? Pan Wszechmogący. Bóg – odpowiedział, a Harry spojrzał na niego swoim dużymi oczami. Louis posłał mu kolejny uśmiech i przebiegł palcami po czekoladowych sprężynkach. – Usłyszał cię. Twoje wyznanie szczerego i cierpiącego serca. Twoją prośbę i prawdziwy żal, płynący z twoich łez. Widzi, że jesteś dobry, że nie oszukujesz w miłości. A On pochwala i wynagradza Prawdziwą Miłość, której coraz mniej – rozłożył, iskrzące się i lśniące czystą bielą skrzydła, biorąc twarz lokatego w obie dłonie. – Da Ci twoją drugą szansę. Uważa, że na nią zasłużyłeś. Tylko bądź ostrożny. Nie przegap niczego tym razem, a wszystko potoczy się zupełnie inaczej. Obiecasz mi?

            - Obiecam – odparł ledwo słyszalnie.

Machnął skrzydłami, a ciepły podmuch ponownie otoczył jego ciało. Stopy Louisa oderwały się od podłoża, dłońmi powoli sunąc po jego policzkach. Posłał mu promienny uśmiech, ten który tak bardzo umiłował.

Zniknął w blasku.

Biel zaczęła się cofać, ponownie ustępując miejsca ciemności. Podążał spojrzeniem za jasnymi żyłkami, które zaczęły skupiać się na piórku. Tym samym, które upadło pod jego stopy. Tym razem śledził je uważnym spojrzeniem, gdy uniosło się ku górze. Będąc daleko, niespodziewanie rozbłysło i pojawił się nieprzyjemny, drażniący dźwięk.

 

4.

25 lutego 2013, poniedziałek

Przeddzień kłótni.

            Nieznośny dźwięk dzwonka, wyrwał go ze snu. Szeroko otworzył oczy, wciąż owładnięty resztkami niezwykłego snu i wpatrywał się uporczywie w sufit. W końcu podniósł się do pozycji siedzącej, westchnął głośno, a komórka przestała dzwonić. Sięgnął pod poduszkę, gdzie zawsze chował telefon. Odnalazł go i wyciągnął, spoglądając na wyświetlacz.

            Siódma rano.

            Dwudziesty piąty lutego.

            Nieodebrane połączenie od Louisa.

            Ziewnął, odrzucając komórkę na bok i przeczesał palcami splątane loki. Dopiero po chwili zorientował się, co spostrzegł na wyświetlaczu, więc ponownie sięgnął po sprzęt. Dwudziesty piąty lutego. Nieodebrane połączenie od Louisa. Zamrugał oczyma kilka razy, po czym niepewnie wybrał numer do szatyna, który odebrał po dwóch sygnałach.

            - Cześć, śpiochu – usłyszał wesoły, delikatny głos w słuchawce, a jego oczy mimowolnie napełniły się łzami. – Coś się stało, że dzwonisz?

            - Ty dzwoniłeś do mnie – odpowiedział, opanowując drżenie głosu.

            - Tak jak zwykle, głuptasku – zaśmiał się Louis. – Przecież zawsze budzę cię, dzwoniąc rano. Wstaję wcześniej niż ty, zapomniałeś już?

            - Och, no tak, emm… - zająknął się, odrzucając pierzynę i siadając na brzegu łóżka. – Przepraszam. Po prostu miałem dziwny sen.

            - Jaki? – zaciekawił się szatyn. – Przestań Daisy, rozmawiam z Harrym.

            Styles uśmiechnął się mimowolnie i z powrotem opadł na materac.

            - Więc? Co to był za sen? – zapytał ponownie.

            - Ech… No więc… Pokłóciliśmy się, a dwa dni później umarłeś, bo zjadłeś jogurt z brzoskwiniami, na które masz alergię – odparł i na moment zawiesił głos, powstrzymując łzy, cisnące się mu do oczu. – Był pogrzeb. Było mi strasznie smutno i źle. A potem przyszedłeś jako anioł i powiedziałeś, że dostałem drugą szansę i mam ją dobrze wykorzystać.

            Nie wspomniał o powodzie, dla którego dostał drugą szansę. Zachował to dla siebie. Jeśli naprawdę ją dostał, co wnioskuje po żyjącym Louisie, to znaczy, że jeszcze będzie miał okazję powiedzieć mu o swoich uczuciach. Biorąc pod uwagę, iż wie o tym, że Tomlinson je odwzajemnia. Wszystko pójdzie dobrze, jeśli tylko jutro się z nim nie pokłóci.

            - Na szczęście moja mama kupuje zawsze truskawkowe albo gruszkowe. Wiesz, nie planuję śmierci w najbliższym czasie – stwierdził szatyn po drugiej stronie. – Ugh. Dobra. Kończę, bo mnie Daisy wykończy. Zobaczymy się potem. Na razie.

            - Pa – pożegnał się, a chwilę potem usłyszał charakterystyczne pikanie w słuchawce. Spojrzał na wyświetlacz, wpatrując się w niego przez moment, po czym podniósł się z łóżka i postanowił ogarnąć.

            Mimo pobudki Louisa i tak spóźnił się na pierwszy wykład. Nie przejął się jednak tym jakoś specjalnie. Teoretycznie był na nim tydzień temu. Pamiętał, że tam był. Pamiętał telefon-budzik Louisa. Pamiętał też, że po zajęciach pójdą razem na zakupy, bo mama wyśle mu sms’a. Tak też się stało.

            Harry wyszedł z ostatnich ćwiczeń, w prawej ręce ściskając pasek swojej torby, a lewą wsuwając do rękawa płaszcza. Podniósł wzrok, zakładając torbę na ramię i odnalazł wzrokiem swojego przyjaciela. Szatyn posłał mu szeroki, promienny uśmiech, a jego turkusowe oczy rozbłysły. Dopiero teraz dostrzegł tę radość na jego widok. Ten niezwykły entuzjazm. On naprawdę go kochał.

            Odwzajemnił jego uśmiech, wykrzywiając swoje usta. W policzkach pojawiły się urocze dołeczki i szybkim krokiem podszedł do chłopaka.

            - I że chce ci się tak na mnie czekać – stwierdził, stając koło niższego, ale starszego przyjaciela.

            - Nie lubię wracać sam – przyznał Louis. – I słuchaj, zajdziemy jeszcze do Tesco? Mama wysłała mi sms’a żebym kupił parę rzeczy po drodze.

            - Jasne. Nie ma sprawy – przytaknął, dopinając guziki swojego płaszcza i obaj skierowali się do wyjścia.

            Niespiesznie ruszyli w stronę supermarketu. Harry przypatrywał się profilowi przyjaciela, gdy ten ze złością opowiadał o swojej profesorce, która uwzięła się na niego. Zapamiętywał każdy szczegół jego twarzy. Zgrabny nosek, który śmiesznie marszczył się za każdym razem, kiedy nad czymś intensywnie się zastanawiał lub coś mu nie pasowało. Delikatne rysy twarzy, które wraz z roziskrzonymi oczyma i roztrzepanymi włosami, nadawały mu wyglądu małego, psotliwego elfa. Uśmiechnął się pod nosem na to porównanie.

            - A jak tobie minął dzień? – zagadnął, kiedy wchodzili do sklepu przez rozsuwane drzwi.

            - I tak się spóźniłem na pierwszy wykład mimo twojej pobudki – oznajmił mu, ruszając za nim między alejkami. – Byłem jakiś taki nieogarnięty przez ten sen.

            - Lepiej przyznaj się, że po prostu nie chciało ci się iść na wykład – stwierdził Louis, sięgając po dwie duże bułki. Posłał mu tylko uśmiech, lekko kręcąc głową.

            Weszli na dział z nabiałem i stanęli przed półką z jogurtami. Szatyn spojrzał na etykietki, przykładając palce do ust. Lewy kącik ust Harry’ego drgnął lekko ku górze, gdy przyglądał mu się z rękoma wciśniętymi w kieszenie.

            - Nie ma gruszkowych – mruknął niezadowolony Tomlinson. – To wezmę truskawkowe i jabłkowe.

            Sięgnął po kilka kubeczków i wrzucił je do koszyczka. Następnie jego turkusowe oczy spotkały się z głębokim szmaragdem jego. Wiedział, co zaraz nastąpi.

            - Wpadłbyś do mnie jutro? – spytał Louis, a on zagryzł wargę. – Chcę z tobą o czymś pogadać. To troszkę ważne dla mnie i chcę żebyś wiedział.

            - Jasne – przytaknął. – Wpadnę po dodatkowym włoskim.

            Szatyn posłał mu przyjazny uśmiech i sięgnął po kolejne jogurty. On natomiast spuścił głowę, spoglądając na swoje trampki. Przelotnie spojrzał na kolejne kubeczki lądujące w koszyku. Zmarszczył brwi, dostrzegając etykietę, która nie bardzo pasowała do reszty truskawkowych i jabłkowych.

            - Czekaj – zawołał, chwytając go za łokieć, gdy chciał odchodzić. Ten spojrzał na niego, a on schylił się do koszyka i wyciągnął jeden z jogurtów. Spojrzał na kubeczek, który odwrócił w stronę Louisa. – Brzoskwiniowy.

            - Och – wyrwało się Tomlinsonowi. – Dobrze, że zauważyłeś. Jeszcze bym go kupił.

            Harry przytaknął i odstawił jogurt na półkę, po czym ruszyli przez sklep, do kasy, po drodze zgarniając z półek jeszcze parę rzeczy. Szatyn tymczasem zaczął narzekać na ludzi, którzy nie umieją odłożyć produktu na właściwe miejsce, a potem wynikają z tego same problemy przy kasie.

 

5.

26 lutego 2013, wtorek

Dzień kłótni.

            Szedł wolnym krokiem, by jak najdłużej odwlec moment spotkania z Louisem. Doskonale wiedział, co nastąpi, jak potoczy się ich rozmowa, a mimo to, szedł tam. Mógł przecież zmienić swoje zdanie, ale nie wiedzieć czemu, miał dziwne przeczucie, iż wszystko potoczy się w tą samą stronę i zaprzepaści swoją szansę.

            Stanął na progu domu państwa Tomlinson, wziął głęboki wdech i zapukał. Odczekał moment, a po chwili drzwi otwarł mu Louis z szerokim uśmiechem. Odwzajemnił go, delikatnie wyginając kąciki swoich ust i przekroczył próg, rozpinając płaszcz.

            - Zrobić ci kawy czy herbaty? – spytał szatyn, kierując się do kuchni.

            - Kawy – odpowiedział, odwieszając płaszcz. – Mój mózg potrzebuje się zregenerować.

            - Rozumiem – odparł z kuchni rozbawiony Louis. On natomiast stał jeszcze chwilę w korytarzu, zastanawiając się, jak powinien zareagować, gdy jego przyjaciel powie mu to, co zamierza powiedzieć. Po chwili jednak ruszył do kuchni, gdzie spostrzegł szatyna, kręcącego się po kuchni. Wyglądał uroczo w bladoniebieskiej koszuli, której rękawy były podwinięte i czarnych dżinsach, idealnie dopasowanych do jego figury.

            - Częstuj się ciachami – oznajmił szatyn, stawiając talerzyk z łakociami na wysepce, gdy tylko usiadł na jednym z krzeseł. Chwycił jedno z nich i zaczął chrupać.

            - Jesteś jakiś cichy od wczoraj – stwierdził Tomlinson, zalewając kawę dla niego i herbatę dla siebie. – Coś się stało?

            - Nie, nic – odpowiedział, po czym dodał w myślach. – Jeszcze nie.

            Chłopak postawił przed nim kubek z kawą, za co podziękował mu uśmiechem. Zamoczył w niej ciastko i wrzucił do buzi, spoglądając na Louisa, który przysiadł na krześle obok. Noga mu drżała ze zdenerwowania i spoglądał na niego znad kubka parującej herbaty.

            - No dobra. Nie będę owijać w bawełnę – odezwał się w końcu szatyn, odstawiając naczynie na blat. – Starałem się o wyjazd na stypendium do Stanów, pamiętasz? – Harry skinął twierdząco głową w odpowiedzi i upił łyk kawy. – No więc, przyznano mi je i na następny semestr wyjeżdżam do New York University.

            Zamrugał kilka razy oczyma i odstawił kubek. Wiedział, że to powie, a mimo wszystko znów wezbrała w nim ta sama złość i żal, co wtedy. Chciał z nią walczyć, ale nie umiał. Chciał powiedzieć, że się cieszy, iż mu się udało, jednak nie potrafił. Wszystko przybrało ten sam kierunek.

            - I wyjedziesz na sześć miesięcy do Stanów? – zapytał, a Louis rozentuzjazmowany przytaknął. – Nie możesz.

            - Jak to nie mogę? – zdziwił się szatyn. – Oczywiście, że mogę. Przyznano mi je. To naprawdę wyjątkowe stypendium i mało kto je otrzymuje.

            - Ale wyjedziesz stąd na sześć miesięcy – zawołał Harry. – Zostawisz mnie tutaj.

            - Przecież wrócę na kolejny semestr – odpowiedział chłopak. – Myślałem, że będziesz się cieszyły razem ze mną.

            - Mam się cieszyć, że mój najlepszy przyjaciel wyjeżdża na drugi koniec świata? – oburzył się lokaty. – Ja wiem, jak to będzie wyglądać. Zostawisz mnie tu i wyjedziesz tam. Zaproponują ci zostanie na uczelni i nie wrócisz. Przez jakieś durne stypendium.

            - To stypendium nie jest durne! – wrzasnął Louis. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile wysiłku włożyłem w to, by je otrzymać! Nie masz pojęcia, ile nocy zarwałem, by porządnie przygotować się do egzaminów i zdać je z jak najwyższymi ocenami! Nie masz o niczym pojęcia!

            - To trzeba było mi powiedzieć! – odkrzyknął.

            - To trzeba było patrzeć! – zripostował szatyn. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, wzajemnie rzucając w siebie pioruny. Chwilę potem wzburzony Harry podniósł się bez słowa, ubrał i trzaskając drzwiami, opuścił dom Tomlinsonów. Dopiero, gdy znalazł się przed swoim, zdał sobie sprawę, że mimo wszystko dał się ponieść emocją i już wkrótce straci Louisa na zawsze.

 

6.

01 marca 2013, piątek

Dzień, w którym Louis zmarł.

            Przeglądał szafę w poszukiwaniu ubrań, które mógłby założyć, zerkając co jakiś czas na drzwi do swojego pokoju. Czekał, aż jego mama wpadnie do pokoju z informacją, że Louis nie żyje, bo zjadł jogurt brzoskwiniowy. Jeden durny jogurt brzoskwiniowy. To jednak nie nastąpiło.

            Wykonał poranną toaletę i lekko przybity, zszedł na dół, gdzie jego rodzicielka kręciła się po kuchni. Rzucił torbę na wolne miejsce, a kobieta spojrzała na niego. Podeszła, postawiła przed nim kubek z herbatą i przeczesała jego splątanie włosy.

            - Co się stało, kochanie? – spytała gładząc, go po plecach. – Chodzisz jakiś przybity i osowiały.

            - Nic – mruknął w odpowiedzi i oplótł kubek obiema dłońmi.

            - Dzwoniła do mnie Jay – zaczęła kobieta, a Harry drgnął na dźwięk imienia pani Tomlinson. Serca zabiło mu szybciej. – Mówiła, że Louis też jest jakiś taki ponury. Pokłóciliście się o coś?

            Odwrócił głowę i upił łyk herbaty. Sięgnął po swoją torbę i wstał z miejsca.

            - Spóźnię się na zajęcia – rzucił. Chciał dorzucić jeszcze, by dzwoniła, gdyby coś się stało, ale uznał, że byłoby to zbyt podejrzane. Tak więc założył płaszcz i wyszedł, kierując się na przystanek.

            Pierwszy wykład przesiedział na końcu sali, podpierając głowę na dłoni. Wpatrywał się w przejrzyście błękitne niebo z chmurkami po nim krążącymi. Jego ołówek kreślił kółka oraz inne abstrakcyjne wzorki na kartkach notesu. Dopiero Liam wyrwał go z transu, szturchając łokciem.

            - Coś ty taki nie w sosie? – zapytał chłopak, gdy wyszli na korytarz, by udać się do bufetu, gdyż mieli okienko. Już otwierał buzię, by mu odpowiedzieć, że zmarł jego najlepszy przyjaciel, gdy jego wzrok spoczął na drugim końcu korytarza.

            Przystanął, wpatrując się w Louisa, rozmawiającego z panią Malone z dziekanatu. Dawała mu jakieś dokumenty, a on przytakiwał, dopytując się o szczegóły. Miał na sobie czarne dżinsy oraz białą koszulę, na którą założył granatowy sweterek.

            Stał tak i wpatrywał się w niego, zastanawiając, jak to możliwe, że on wciąż żyje. Pokłócili się przecież. Uważał, że to kłótnia była efektem tego wszystkiego.

            - Harry? – odezwał się niepewnie Liam. On jednak dalej stał i wpatrywał się w szatyna, który wskazywał na jeden z papierów i najwyraźniej chciał wiedzieć, jak wypełnić jego część poprawnie.

            Poczuł słodki zapach i szelest skrzydeł. Chwilę potem czyjeś drobne dłonie ułożyły się na jego ramionach. Ciepły oddech omiótł jego policzek, a w prawym uchu usłyszał delikatny, męski głos.

            - Dobra robota, Harry. Spełniłeś obietnicę. Nie przegapiłeś niczego, dlatego żyję.

            Po tych słowach dostrzegł anioła Louisa lecącego ku temu żyjącemu. Jego skrzydła lśniły, zupełnie, jak we śnie, który miał. Jednak cała jego postać jakby wyblakła. Nie była tak wyrazista, gdy lądował za plecami szatyna. Objął go ramionami, podbródek opierając na ramieniu, jakby chciał przez nie zajrzeć. Moment potem rozpłynął się i został tylko Louis, który przyłożył dłoń do serca, a po chwili zaczął bawić się guzikiem sweterka.

            Nie przegapił niczego tym razem. Ale czego dokładnie nie przegapił? I nagle zdał sobie sprawę, że Louis zmarł, bo zjadł jogurt brzoskwiniowy. Ten, który dostrzegł i wyciągnął z koszyka. Ten, którego nie zauważył za pierwszym razem, bo był zbyt zafascynowany szatynem i podziwianiem jego ślicznej twarzy.

            - Harry!

            Odwrócił głowę i jego wzrok spoczął na Liamie. Chłopak splótł ręce i spojrzał na niego z uwagą.

            - Co się z tobą dziś dzieje? – spytał.

            - Nic – odparł, znów spoglądając na Tomlinsona, który uśmiechem żegnał się z panią Malone. – Zobaczymy się później, Li. LOUIS!

            Krzyknął na pół korytarza, mając pewność, że ten go usłyszy. Chłopak przystanął w pół kroku, spoglądając na niego, wiec ruszył przez tłum studentów, którzy schodzili mu z drogi. Podszedł do swojego przyjaciela, chwycił jego twarz w swoje dłonie i spojrzał w te zaskoczone, turkusowe tęczówki.

            - Louis – powtórzył, uśmiechając się blado.

            - To moje imię… - zaczął szatyn, jednak Harry przerwał jego wypowiedź, przyciskając swoje wargi do jego i składając na nich słodki pocałunek. Biała teczka, do której Tomlinson schował papiery, wyśliznęła się z pomiędzy jego drobnych palców i z cichym pacnięciem spadła na podłogę. Chwilę potem lokaty poczuł, jak zaciskają się na jasnym swetrze, który miał na sobie i jego pocałunek zostaje odwzajemniony. Dopiero głośne wiwaty i brawa, spowodowały, że oderwali się od siebie.

            Zawstydzony Louis odwrócił głowę, a Harry przyglądał mu się z delikatnym uśmiechem. Schylił się po teczkę, która wypadła z rąk starszego chłopaka i znów spojrzał na niego. Twarz szatyna przyozdobiły dwa dorodne rumieńce.

            - Lou, przepraszam za ostatnio – odparł, podając mu teczkę. – Byłem egoistą, chciałem mieć ciebie przy sobie, bo bałem się, że odejdziesz i nie zdążę zrobić tego, co zrobiłem przed chwilą. Ale… – uśmiechnął się lekko – chyba dobry anioł nade mną czuwał i dał mi siłę zrobić to teraz.

            Chwycił go za podbródek i nakierował jego spojrzenie wprost na swoje szmaragdowe tęczówki. Uśmiechnął się ciepło i w końcu powiedział to, co chciał powiedzieć.

            - Louis, Kocham cię.

            Dostrzegł, jak w jego turkusowych oczętach zbierają się łzy, a po chwili szatyn rzucił mu się na szyję. Objął go mocno w pasie i przycisnął do siebie jego drobne ciało. Skrył twarz w zagłębieniu jego szyi i pogładził po plecach.

            - Ja ciebie też kocham – wyszlochał chłopak w jego ramię. – Nawet nie wiesz, jak bardzo. Dlatego nie mógłbym zostać w Stanach, kiedy ty jesteś tutaj.

            - Louis – westchnął i odsunął szatyna od siebie. Jego śliczne oczy były lekko zaczerwienione i załzawione, a na śniadych policzkach widniały ślady słonych kropelek. Otarł oba policzki i złożył kolejny pocałunek na jego ustach, który natychmiast został odwzajemniony.

            - Leć na to stypendium, dobrze? – zapytał, kreśląc kółka na biodrze chłopaka. – Wiem, jak bardzo mocno się starałeś. I wiedz, że widziałem, ale nie pytałem dlaczego. Poza tym, ktoś musi pokazać tym amerykańcom, gdzie raki zimują. A kto zrobi to lepiej niż ty?

            Na twarz Louisa wkradł się szeroki i szczery uśmiech, który odwzajemnił. Splótł razem ich dłonie i wykorzystując fakt, iż obaj mieli okienka, udali się do bufetu na herbatę.

 

Posted on marzec 3, 2013 at 7:31

158 notek

  1. loukika zreblogował(a) to od zukkik
  2. zukkik zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  3. aha-mam-to-w-dupie zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  4. valleye zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  5. w-kroplach-deszczu zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  6. stuckinthecroud zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  7. amosvincitomnia zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  8. nejtl zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  9. chocollade zreblogował(a) to od ohhmyharreh
  10. zoehere zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  11. iwannstayupallnight zreblogował(a) to od louisthelittleelf
  12. yelmes zreblogował(a) to od captainshoranandmalik